Nie jesteś zalogowany na forum.
Strony: 1


Deszcz lał od rana. Nie taki miły, wiosenny, który odświeża powietrze. Taki rzęsisty, zimny, który wsiąka w buty i przypomina ci, że nie masz parasola. Stałem na przystanku autobusowym, mokry, wkurzony, spóźniony. Praca na poczcie nie wybacza – jak nie przyjdziesz na 8, to listy nie zostaną posortowane, a ludzie nie dostaną swoich emerytur.
Mam 52 lata, pracuję jako listonosz od 25 lat. Znam każdą ulicę w moim mieście, każdego psa, który szczeka, i każdą babcię, która zaprasza na kawę. Praca jest ciężka, zwłaszcza na deszczu. Ale ktoś to robić musi. Tamtego ranka byłem wyjątkowo zmęczony. Nie spałem dobrze – sąsiedzi remontowali, wiercili do 23. Wstałem o 5, ubrałem się, wyszedłem. I ten deszcz.
Autobus przyjechał spóźniony. W środku tłok, wilgoć, zapach mokrych kurtek. Jechałem 20 minut, stojąc, bo miejsc siedzących brak. Wysiadłem pod pocztą, przebiegłem przez kałuże, wpadłem do szatni. Mokry, zły, zmarznięty. Przełożona spojrzała na mnie: „Listy już czekają”. Jasne.
Sortowanie trwało godzinę. Potem wsiadłem w służbowy samochód – stary, grzejący ledwo co. Deszcz dalej lał. Paczki mokły w bagażniku, listy w torbie. Myślałem: „Dlaczego ja to robię? 25 lat. Tyle samo zim, deszczów, wkurzonych ludzi”.
O 14 skończyłem trasę. Wróciłem na pocztę, rozliczyłem się. Przełożona powiedziała: „Dziś jeszcze dostawa – musisz posortować paczki na jutro”. Normalnie bym został. Ale byłem tak zmęczony, że powiedziałem: „Nie dam rady. Jutro rano”. Spojrzała zdziwiona, bo zwykle nie odmawiam. Ale kiwnęła głową. „Dobra, idź”.
Wyszedłem. Deszcz w końcu przestał. Słońce wyjrzało zza chmur. Usiadłem na ławce przed pocztą. Wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, co słychać. Wiadomości od żony: „Kup chleb i mleko”. Od syna: „Tato, odeślij mi 50 zł, bo nie mam na obiad”. Normalne. Przejrzałem konto – 180 złotych do końca miesiąca. Do wypłaty jeszcze tydzień.
Siedziałem i myślałem. Jak to możliwe, że po 25 latach pracy dalej liczę każdy grosz? Że syn musi prosić o 50 złotych na obiad? Że boję się iść do dentysty, bo mnie nie stać? I wtedy, nie wiem skąd, przypomniała mi się rozmowa z jednym z klientów. Staruszek, który na trasie zawsze mówi: „Synu, jak będziesz miał gorszy dzień, to wejdź na vivada casino. Ja tam czasem wygram na lekarstwa”. Wtedy pomyślałem: biedny staruszek, hazard go zgubi. Teraz pomyślałem: a co mi tam.
Wziąłem głęboki oddech. Otworzyłem przeglądarkę. Wpisałem nazwę, którą zapamiętałem. Strona załadowała się szybko. Ciemne tło, złote akcenty – wyglądała zaskakująco przyzwoicie. Zarejestrowałem się. Mail, hasło, potwierdzenie. Wpłaciłem 30 złotych – tyle, ile kosztuje obiad syna.
Zacząłem od automatów. Wybrałem jakiś z motywem podróży – walizki, mapy, bilety. Stawka 2 złote. Kręcę. Nic. Kręcę. Nic. Po dziesięciu spinach miałem 26 złotych. Nuda. Przeszedłem na ruletkę. Postawiłem 10 złotych na swoje szczęśliwe liczby – 3 i 8. Kulka spadła na 3. Wygrana 140 złotych. Konto 156.
Uśmiechnąłem się. Postawiłem 20 złotych na 8. Tylko na 8. Kulka zakręciła się. Wylądowała na 8. Wygrana 700 złotych. Razem 856.
Siedziałem na tej ławce przed pocztą, słońce świeciło, a ja patrzyłem w ekran i nie wierzyłem. Drżącymi rękami kliknąłem wypłatę. Vivada casino przetworzyło przelew w kilka minut. Blik. Pieniądze na koncie.
Wstałem, poszedłem do sklepu. Kupiłem chleb, mleko, szynkę, ser. I dwa batony – jeden dla siebie, jeden dla żony. I 50 złotych wysłałem synowi. Resztę – 650 złotych – odłożyłem. Na czarną godzinę. Albo na dentystę.
Wieczorem, przy kolacji, żona zapytała: „Miałeś dobry dzień?”. „Miałem” – odpowiedziałem. Nie dodałem, że najlepszy w tym miesiącu. Że deszcz, chłód, zmęczenie – wszystko zniknęło, gdy zobaczyłem te cyfry. Że staruszek, którego uważałem za zgubionego, okazał się prorokiem.
Od tamtego czasu vivada casino towarzyszy mi w gorsze dni. Nie często – raz na tydzień, dwa. Zawsze z małym budżetem. Zawsze kwotą, którą mogę stracić. Czasem wygram stówkę, częściej przegram. Ale nauczyłem się jednego – deszcz nie jest wieczny. Po nim wychodzi słońce. A czasem – nawet wygrana.
Gdy dziś spotykam na trasie tego staruszka, mówię mu: „Dziękuję”. Nie tłumaczę za co. On wie. Uśmiecha się i mówi: „Widzisz, synu. Życie pisze różne scenariusze”.
Ma rację. Życie pisze różne scenariusze. I choć nie polecam hazardu każdemu, to wiem, że czasem, w deszczowy dzień, na przystanku autobusowym, może przydarzyć ci się coś, co sprawi, że zapomnisz o mokrych butach. Nawet jeśli to tylko 30 złotych. Nawet jeśli to vivada casino. Czasem wystarczy. A reszta to już tylko szczęście. I parasol. Którego i tak nie miałem.
Offline
Strony: 1